środa, 19 listopada 2014

Orzechy piorące jako szampon - eureka?

Dzisiaj bardzo świeży post :D z ledwo co przetestowanymi orzechami piorącymi w roli szamponu do włosów. Jeśli bardzo Wam się spieszy to o orzechach przeczytacie w 3 akapicie ;)
Przetestowałam je bo odstawiłam szampony i przerzuciłam się na mniej drażniące moją skórę (w moim mniemaniu) sposoby. Przetestowałam sodę oraz żółtko z jajka ale najdłużej stosowałam mycie włosów mydłem. I jeśli śledziłyście moje poprzednie posty to wiecie, że mydło też nie do końca  mnie zadowala a odkąd odkryłam, że odbiera blask moim włosom nawet mocno mnie rozczarowało. Niby fajnie, że to Aleppo przez co pewnie jest o wiele bezpieczniejsze od szamponów ale skóra nadal reaguje piaskiem, włosy trzeba zakwaszać a blask włosów który mnie nie zadowalał nigdy wcześniej jest jeszcze mniejszy... dość dużym plusem jest to, że po mydle moje włosy są dłużej świeże/dłużej nie wyglądają tragicznie. Po silnym szamponie oczyszczającym jeszcze tego samego dnia wieczorem wiem, że włosy rano będą przykre a skóra swędzi. Moje włosy też o wiele szybciej się przetłuszczają gdy nie wysuszę ich suszarką. Tak, właśnie tak! Może tak się dzieje dlatego, że suszarka przesusza mi włosy przez co więcej łoju wchłaniają nadal wyglądając na świeże a może dlatego, że suszenie włosów suszarką nawet jest dobre dla skóry... who knows?

Wracając do Aleppo i mycia włosów mydłem dużym minusem jest to, że moja wypracowana już włosomaniacza pielęgnacja teraz się nie sprawdza. Odżywki potrafią solidnie przeciążyć moje włosy zastosowane po myciu wg instrukcji (wyglądają jak niedomyte z oleju) a zmycie oleju mydłem graniczy z cudem. Udało mi się to raz a kolejne próby kończyły się fiaskiem... ostatnią taką próbę miałam w sobotę. Zastosowałam olejowanie włosów na sucho na całą noc olejem winogronowym (którego moje włosy chyba jednak nie lubią... są po nim jakby przesuszone i plątające się) a rano próbowałam go zmyć mydłem. Z reguły mydłem myję tylko skórę głowy ale teraz wolałam solidnie namydlić również całą długość żeby nie było, że nie dałam mydłu szans... wymyłam długość 2 razy... i nic. Włosy nawet przy skórze głowy gdzie olejowane nie były stały się szare jakby przejęły osad mydlany... Czara goryczy się przelała i stwierdziłam, że już więcej razy olejować na sucho i zmywać i mydłem nie będę próbować bo ileż razy jeszcze będę chodzić ze związanymi kluchami na głowie by zamaskować 48-godzinne olejowanie?

Dziś stwierdziłam, że starym dobrym sposobem nałożę sobie na ten niezmyty olej maskę kallosa, która z reguły pomagała mi zmyć olej przy szamponach a później przypomniałam sobie, że wcale nie muszę myć włosów tym niewdzięcznym mydłem ponieważ mam... orzechy piorące! o których czytałam u Anwen dawno temu a które nawet na opakowaniu mają napisane, że można ich użyć jako szampon wskazany do przetłuszczających się włosów... do mycia biżuterii i naczyń też się nadają (jeszcze nie sprawdzałam). Stwierdziłam, że to właśnie dzisiejszy dzień jest stworzony do tego eksperymentu więc nałożyłam maskę pod czepek i ugotowałam wywar z orzechów ale asekuracyjnie tylko połowę porcji...
O niezmycie oleju już specjalnie się nie bałam, kallos na prawdę z reguły sobie z tym bardzo dobrze radzi a skoro jeszcze samego kallosa musiałam zmyć bo nałożyłam go też na sucho (tak, tak... niby bez sensu ale celowo - miał zmyć olej i sam też się zmyć z włosów bo tak chciałam, kropka) więc dałam tym orzechom piorącym fory. Mimo wszystko zawsze się w eksperymentach boję, że po wymyciu okaże się, że włosy są do mycia. A dodatkowo wywar z orzechów śmierdzi. Nawet gorzej niż żelatyna. Niby jestem odporna na zapachy ale wywar z orzechów okazał się tym kamieniem na który trafiła moja kosa. Ale skoro powiedziałam "A" to trzeba  było powiedzieć też "B" no i zaczęłam wylewać to coś na głowę. Nie pieni to się w ogóle i nie da się wyczuć czy to w ogóle włosy myje. Wylałam całe zrobione pół litra wywaru i bardzo bałam się efektu. Przy spłukiwaniu jednak początkowo lekko pozlepiane włosy zaczęły być sypkie w dotyku, takie jak po umyciu szamponem... lekko uspokojona wysuszyłam włosy i ujrzałam efekty jak po szamponie czyli:
- domyte włosy i zmyty olej (jupi!)
- lekko nastroszone baby-hairy (po szamponach bejbiki nawet sterczały)
- blask! taki jak po szamponach czyli lepszego na mych włosach raczej nie uświadczę
- no i śmiem twierdzić, że nastroszenie włosów było efektem przesuszenia, lżejsze niż po szamponach ale jednak, a może to też sygnał dobrego oczyszczenia?
Domyte!
Drugiego dnia włosy przy twarzy były już brzydko tłuste a reszta była bez objętości - typowy wygląd moich włosów drugiego dnia po myciu szamponem. Czyli znalazłam potencjalnie bezpieczny zamiennik szamponów, jupi! Muszę zastosować go jeszcze kilkanaście razy by ostatecznie zdecydować czy przypieczętuję ten związek ale rokowania są dobre. Tylko czy będzie mi się chciało gotować ten wywar zawsze? -,-'
Taki blask <3
Naprostowanko 

I właśnie dlatego posty na tym blogu publikuję dopiero po jakimś dłuższym czasie, przemyśleniach, testach... dopiero po czasie jestem w stanie poprawniej ocenić dany produkt, metodę. Tym razem za szybko się ucieszyłam to mam sprostowanko...

Niestety kolejne 2 mycia włosów wywarem z orzechów piorących już nie były udane. Drugie mycie pozostawiło włosy matowe i niedomyte. Wymyłam wtedy włosy 250 ml wywaru i myślałam, że to może przez za małą ilość wywaru tak się stało ale 3 mycie 750 ml pozostawiło włosy tak brudne, że aż musiałam je wymyć drugi raz, SZAMPONEM. Tragedia była po prostu.

W sumie zastanawiam się dlaczego w ogóle orzechy wymyły mi tak dobrze włosy za pierwszym razem. 3 raz myłam włosy wywarem odstanym dwa dni w lodówce i może przez to, że wywar był zimny nie zadziałał... pierwsza próba była z wywarem jeszcze ciepłym po gotowaniu (lub nawet dość gorącym) i było super ale druga próba też była  wykonana świeżym i raczej ciepłym wywarem...

Jeszcze efekt po 3 umyciu na chwilę przed poprawionym myciem szamponem, miejscami włosy były koszmarniejsze ale oszczędzę Wam widoku tych miejsc :P (w końcu co raz zopaczone już się odpatrzy)

:(
Jak sprawdzę jeszcze raz wywar znowu raczej gorący i świeżo przygotowany znowu dam Wam znać o efektach... dam im ostatnią szansę na bycie dobrym zamiennikiem szamponu.

poniedziałek, 27 października 2014

HIT! Olejowanie paznokci!

Znalazłam lepszą alternatywę dla komercyjnych odżywek do paznokci!

Lepszą ponieważ:
- działa!
- pewnie jest tańsza
- jest zdrowsza bo wiemy co w paznokcie pakujemy i są to naturalne substancje, raczej nieszkodliwe

Data by wiedzieć kiedy zrobiony a na odwrocie napisany skład by w przyszłości móc go ulepszyć

Jest to olejek do paznokci znaleziony u Ani, która dokładnie opisała jak go wykonać więc nie będę tego powielać.


Na początek o problemie babki z pierwszego świata...
Trochę kłopotów sprawiło mi zdobycie aplikatora. Obecnie stosuję do ust wazelinę od Zaji i jak na razie jest to jedyny produkt tej firmy który lubię i mogę polecić (zwłaszcza, że w składzie jest tylko wazelina, długo nie mogłam się napatrzyć na tą zaskakującą listę składników ;)) a moje wcześniejsze pomadki nigdy nie były w buteleczkach lecz w sztyftach... no to klops. Musiałam specjalnie coś kupić co da mi taką buteleczkę... padło na ten korektor z Eveline ponieważ w czasie gdy robiłam te zakupy chciałam zacząć systematycznie się malować a korektor do tego celu jest chyba bardziej przydatny niż błyszczyk. Cóż, dość szybko przekonałam się, że jak się nie malowałam tak malować się nadal nie będę a zalegający na półce nieużywany korektor nie dość, że się kurzył to wstrzymywał testowanie DIY olejku do paznokci... stwierdziłam, że mam gdzieś szanowanie swoich pieniędzy i nakładanie na twarz czegoś co nie wiadomo co wprowadza do mojego organizmu i wylałam korektor do brodzika. Uf. Później odkryłam, że miałam w domu kilkuletni błyszczyk do ust nawet w większym i solidniejszym opakowaniu... takie prawo Murph'ego. Jednak o ile korektor dość łatwo opuścił buteleczkę to ten chyba 8-letni błyszczyk nie bardzo chciał się poddać i jego usunięcie z buteleczki wymagało nie lada wyczynów bo ani mydło, ani szampon z sls, ani alkohol(!) nie były w stanie go wyczyścić. Pomogła dopiero gorąca woda a i tak dało się wyczuć dziwne resztki czegoś pod palcami... że też kładziemy sobie na usta coś co schodzi dopiero przy użyciu gorącej wody... mnie to skutecznie obrzydziło błyszczyki, ma-sa-kra.

A wracając do samego olejku...

Do zrobienia swojego olejku użyłam OCMowej mieszanki do mycia twarzy czyli olejku rycynowego i winogrowego oraz olejku eterycznego z drzewa herbacianego. Metodę OCM stosowałam głównie do zmywaniu makijażu i jest do tego genialna bo tańsza, zdrowsza i mieszankę olejów można też wykorzystać w innych celach kosmetycznych. Minusy jakie u siebie zauważyłam to wzmożony wzrost niechcianych włosów na twarzy (-,-') oraz zapychanie (prawdopodobnie za dużo olejku kładłam na twarz) a sama metoda też jest bardzo upierdliwa na dłuższą metę.

O tym, że olejek rycynowy świetnie się nada do moich paznokci wiedziałam już od dłuższego czasu. Dodatek winogronowego mógł korzystniej wpłynąć na skórki (sam olejek rycynowy ma bardziej działanie wysuszające) a olejek herbaciany chroni przed grzybicą i zepsuciem mieszanki (tak myślę, skoro ma działanie antyseptyczne a psucie wywołują drobnoustroje, prawda?).

Aplikacja o niebo lepsza niż gdybym się miała bawić we wcieranie mieszanki palcami. To właśnie ta wygoda aplikacji tak ciągnęła mnie do wypróbowania tego sposobu i nie zawiodłam się. Denerwuje mnie tylko to co zwykle w stosowaniu wszystkich kremów, olejów i innych mazideł - film, czyli te niewchłonięte, śliskie pozostałości które się powoli wchłaniają lub nie wchłaniają wcale. Mam lekki lęk, że mając ten olejek na paznokciach upaćkam nim wszystko dookoła a z pewnością jakiś ważny dokument... jednak warto odczuwać ten lekki dyskomfort.


Efekty na moich paznokciach są takie jak po stosowaniu Eveline 8w1 bez przykrych skutków ubocznych. Czyli bardzo dobre. Paznokcie mają jednolity biały kolor, nie rozdwajają się, nie łamią i piłuję je dopiero wtedy gdy już poważnie zaczynają mi utrudniać życie (czyli gdy zaczynam się bać, że się złamią gdy coś podnoszę) a przez to efekty są nawet lepsze od tych po Eveline 8w1 bo sobie nie szkodzę a pięknieję! ;) Mam też wrażenie, że olejowanie lepiej pomogło moim rozdwajającym się paznokciom. Po kuracji eveline 8w1 rozdwojone zostały paznokcie palca wskazującego i środkowego po ponad miesięcznym w miarę systematycznym olejowaniu mieszanką rozdwojony został tylko wskazujący paznokieć a jest duże prawdopodobieństwo, że po dalszej kuracji nawet on przestanie być rozdwojony! Mega szok dla kogoś z miękkimi paznokciami które potrafiły się rozdwajać jeszcze nie będąc wolnym brzegiem!


A to moje paznokcie sfotografowane 2 tygodnie później, gdy osiągnęły "długość przeszkadzającą"

lewa
prawa
I paznokieć palca wskazującego prawej ręki, JEDYNY(!) rozdwojony
Dla mnie bomba! Po prawie 2 miesięcznej kuracji w miarę regularnej mam nadal połowę buteleczki olejku. Jednak tak regularność stosowania na dłuższą metę mnie denerwuje, zwłaszcza gdy mam go nałożyć przed snem pod rękawiczki. Na początku taka nocka była fajna bo nie bałam się, że wszystko upaćkam olejkiem a paznokcie po całej nocy były fajnie odżywione ale aplikacja przed snem gdy jestem baaardzo zmęczona odpada a spanie w rękawiczkach... sorry, ale do największych przyjemności nie należy, zwłaszcza gdy nie jesteśmy zmarzluchami o stale zimnych rączkach... Ale nie zamierzam bawić się w inne odżywki. Olejek daje mi wszystko co potrzebuję a systematyczność wróci wraz z pogorszeniem się stanu paznokci.

A tutaj jeszcze mała dygresja. Tak moje paznokcie wyglądały na Wielkanoc tego roku:


Tak długich i pięknych paznokci nie miałam nigdy wcześniej. Jarałam się nimi jak dzieciak. W sumie nie wiem czego to zasługa, że tak nierozdwojone wtedy były (może pamiętały listopadową kurację eveline 8w1 a może coś co jadłam im tak posłużyło... who knows?).

poniedziałek, 6 października 2014

Wyznania aleppoholiczki. Czyli o mydle bez mydlenia oczu. Aleppo oraz Dove

Moja przygoda z mydłem Aleppo, a tym samym z mydłami w ogóle, zaczęła się już jakiś czas temu, jeszcze przed odkryciem włosomianiaczek (a włosomaniaczką jestem od ponad roku). Wcześniej myłam się żelami pod prysznic i uważałam, że nic lepszego na świecie nie - "w końcu zwykłe mydła są takie passe..."


Miłość do Aleppo była miłością od pierwszego wejrzenia tak jak od pierwszego wejrzenia nie była mi obojętna gazeta w której wyczytałam o tym świetnym mydle - Sielskie życie. Śmiałam się długo gdy dostrzegłam, czekając na autobus, okładkę z tym tytułem i kwiatami mniszka lekarskiego polecanymi do jedzenia. Śmiałam się długo, na prawdę. A jak to z reguły bywa gdy coś mnie na prawdę rozśmieszy, pośmiałam się jeszcze trochę, poszydziłam ale koniec końców czasopismo kupiłam i baaaardzo mi się spodobało.

I właśnie w tym pierwszym egzemplarzu "Sielskiego życia", które początkowa obśmiałam tak bezlitośnie, znalazłam wzmiankę o mydle Aleppo i tak jak wyśmiany "sielankowy tytuł" na przystanku nie dawała mi spokoju dopóki nie kupiłam tej gazety tak to zachwalane mydło ciągle siedziało mi w głowie.

W końcu to mydło składa się tylko z oleju oliwkowego i laurowego, a im większa zawartość oleju laurowego tym mocniejsze działanie lecznicze mydła na trądzik, egzemy i łuszczyce. No i mydło ma właściwości nawilżające i odżywcze i jest wyrabiane tradycyjnie bez zbędnej chemii... czego chcieć więcej?

Ale ja jeszcze wtedy unikałam jak ognia kupowania czegokolwiek przez internet a wątpiłam w to, że znajdę to mydło w jakimś stacjonarnym sklepie. Więc żyłam sobie ze świadomością istnienia prawdopodobnie fajnego mydła gdzieś tam na świecie i liczyłam na to, że kiedyś nasze drogi się przetną (zabrzmiało jak tania historyjka z "Siły", ble!) . No i pewnego razy zauważyłam na Karmelickiej "Mydlarnię u Franciszka" a dokładniej chyba zauważyłam przez szybę witryny równo poukładane kostki mydła... ALEPPO!

Nie pamiętam czy od razu kupiłam sobie jedną kostkę czy po zobaczeniu ceny nosiłam się z zamiarem zakupu jeszcze jakiś czas, koniec końców w moje ręce trafiła kostka z 30% zawartością oleju laurowego. Z zapałem zabrałam się do mycia nim ciała i jak to z reguły bywa gdy coś reklamują mi jako siódmy cud świata - rozczarowałam się... .
Bo miało tak świetnie leczyć trądzik, a trądzik nadal był... bo miało nawilżać i pielęgnować a zostawiało wkurzający osad mydlany.
Ale czytałam przecież, że na efekty trzeba czekać no trzeba też dobrać odpowiednią zawartość oleju laurowego... Nie pamiętam czy kupiłam jeszcze 40% zanim kupiłam 70% ale koniec końców postanowiłam sprawdzić jak moja skóra zachowa się najwyższej zawartości oleju laurowego.
Bardzo liczyłam na to, że na mojej skórze przestaną się pojawiać krostki i niedoskonałości... niestety nadal były. Ale zauważyłam też już wtedy plusy Aleppo. Jak z 30% byłam bardzo niezadowolona przez osad mydlany tak 70% takiego osadu nie zostawiała i skóra była tak jakby gładsza, płytkie zmarszczki na brzuchu (!!! też byłam zaskoczona, że można je mieć w takim miejscu i tak młodo) znikły, a skóry na łydkach nie dopadło zimowe przesuszenie. Wyeliminowanie tego przesuszu zimowego bardzo mnie rozradowało, uporałam się z czymś co myślałam, że już co zimę będzie mi towarzyszyć jak np. spierzchnięte usta. Ale wydawanie około 40zł na mydło bolało, nawet jeśli mydło było warte tej ceny. W końcu może gdzieś tam na świecie istnieje tańszy odpowiednik a równie dobry?

Nie bałam się pójść w komercję, ponieważ w wakacje miała miesięczny romans chyba z tym mydełkiem, które nie pozostawiało mydlanego osadu, skórę była gładziutka i wystarczyło akurat na miesiąc praktyk w innym mieście. No kosztowało z 3zł. Postanowiłam więc kupić sobie Siarkowe mydło za parę złotych.
I to była tragedia.
Smród, osad i nieskuteczność.

Też niby na niedoskonałości a paradoksalnie dzięki Siarkowemu mydłu zobaczyłam jak na dłoni wszystkie te zalety mydła Aleppo, których przy stosowaniu nie zauważyłam. Aleppo RZECZYWIŚCIE pomaga na niedoskonałości skóry. Stosując siarkowe mydło zauważyłam jak wiele niedoskonałości zniknęło gdy stosowałam 70%... Generalnie ten przeskok ze stosowania tak drogiego i nie byle jakiego mydła do kilkuzłotowej komerchy musiał się skończyć totalnym roztrzaskaniem tego drugiego niczym po skoku na główkę z czwartego piętra na chodnik. Mydła absolutnie nieporównywalne!

Po doświadczeniu z Siarkowy postanowiłam już nigdy więcej się nie bawić w "markowe mydła za 2 zł" tylko stosować Aleppo lub inne naturalne mydła. Do tej pory odbiegłam od tej zasady kupując mydło Babuszki Agafii, które mnie nie powaliło na kolana oraz Dove


"bo jako jedyne mydło na rynku miało mieć lekko kwaśne pH, czyli takie jak nasza skóra tymczasem inne mydła na rynku mają pH zasadowe które nie jest dobre dla naszej skóry ale mydło Dove takie dobre, takie nawilżające i bez osadu..." Brzmię jak reklama, ponieważ do zakupu zachęciły mnie właśnie hostessy przeprowadzające promocję marki Dove w Galerii Krakowskiej, na której oprócz zalet mydła, zobaczenia  zabarwionego na różowa papierka lakmusowego leżącego na wilgotnym mydle Dove gdy tymczasem na mydle innej marki papierek ten był niebieski, sprawdziłam stan swych włosów pod taką mocno powiększającą mini-kamerą i ich stan był dobry. Próbowałam dopatrzyć się na tym zbliżeniu wysokoporowatości włosów tymczasem łuski wydawały się mocno do siebie przylegać... jupi! Oczywiście mydło kupiłam dopiero jakiś czas później ale reklama zadziałała ;)


No i cóż. Skład chemiczny, osadu nie było ale szału też nie. O wiele lepsze nawilżenie daje mydło Aleppo. I jak kiedyś kupię papierki lakmusowe sprawdzę pH Aleppo ;)

Podsumowując, zalety Aleppo to:
  • działa na niedoskonałości (nie powoduje ich całkowitego zniknięcia, w końcu wyprystki i pryszcze są efektem wewnętrzynych nieprawidłowości i działając od zewnątrz możemy trochę poprawić stan skóry ale całkowicie wyleczyć... chyba nie)
  • odpowiednio dobrane dobrze nawilża skórę. I mniejsza zawartość oleju laurowego tym bardziej nawilżające mydło a tym mniej lecznicze (swoją drogą ciekawe to, bo podobno sam olej laurowy też dobrze nawilża, hm...)
  • jest naturalne więc pakujemy w siebie o wiele mniej chemii, która ze zdrowiem ma niewiele wspólnego
  • kostka jest duża i wystarczy na ok. trzy miesiące stosowania
  • można je stosować na całe ciało wraz z włosami i tym sposobem ograniczyć ilość stosowanych kosmetyków (jedno mydło zamiast żelu pod prysznic, żelu intymnego, żelu do twarzy, mydła do rąk i szamponu - szaleństwo!). Jest to niewątpliwy plus gdy trzeba się spakować na wyjazd, już żaden facet Ci nie powie, że przesadziłaś ;)
  • stosowane do mycia twarzy nie przesusza tak skóry jak komercyjne środki a pozostawione na dłuższą chwilę działa jak peeling enzymatyczny mydłem savoir-noir (które jest zrobione z samych oliwek więc czemu się dziwić, że podobno działają podobnie ;))
A jako ciekawostka dodam, że woda po wymyciu się tym mydłem pozostaje na skórze w formie kropelek, nie wiem czy to wada czy zaleta... ale można poczuć się jak kaczka :D No i jest... owadobójcze. O wiele bardziej(szybciej) niż octan etylu. Gdybym to wiedziała wcześniej inaczej zrobiłabym owadnik...

A wady?

  • cena. Choć ze względu na działanie, jest do przełknięcia.
  • to mydłu MUSI przeschnąć przed następnym użyciem, inaczej będziemy miały mazistą breję którą mało przyjemnie się używa. Nie udaje mi się przed tym uchronić wersji z dodatkami Najelu, gdy prawie się kończą zawsze stają się papką.
  • lepiej żeby nie dostało się do oczu, w ŻADNEJ ilości. Dobrze radzę.

Stosowałam już tą pechową osadową 30%, 70%, 50%, 12% z dodatkiem oleju z czarnuszki lub o zapachy róży damasceńskiej, być może jeszcze przewinęła się 40... przez jakiś czas myślałam, że Aleppa o niższej zawartości oleju laurowego pozostawiają osad mydlany ale te 12% z dodatkami tego nie potwierdziły... możliwe, że trafiłam na felerną 30 lub dodatki w 12 zrobiły różnicę. Niedługo będę testować Aleppo 4% oraz na półce znowu czeka 12% z olejem z czarnuszki - jest świetne! po wymyciu twarzy nie ma uczucia ściągnięcia i można obyć się bez kremu, czad!

Aleppo 50%


Z drogerii Pigment na ul. Długiej
Z olejem z czarnuszki z drogerii Pigment na ul. Długiej


Dodatkowa jak już wiecie zdecydowałam się na odstawienie szamponu, więc mydło w mojej łazience ma jeszcze jedno zadanie do wykonania ;) Po roku takiej pielęgnacji jeszcze podzielę się wrażeniami ale już w tym momencie podpisuję się pod Aleppo dwoma rękami, nogami i w ogóle całą sobą. Mogłabym dostawać te kostki w prezencie na każdą okazję i byłabym zachwycona ;) A powrotu do żeli pod prysznic sobie nie wyobrażam, brrr!

niedziela, 5 października 2014

Koniec z szamponami! Naturalne mycie włosów. Soda oczyszczona, żółtka i mydła (Aleppo z różą damasceńską oraz Trzy korzenie Lawendowej Farmy)

Jak wspomniałam we wcześniejszej notce po dłuższym już poszukiwaniu i rozczarowaniu szamponami postanowiłam poszukać alternatywnych dróg oczyszczania włosów. Przeszukałam polskie strony i zdecydowałam się na szamponowy detoks.

Odważyłam się zastosować sodę choć ostrzegano, że może podrażniać skalp. Zastosowałam więc mniejszą ilość sody niż zalecano i siup! na włosy. Bałam się bardzo efektów zwłaszcza, że roztwór sody nie pieni się jak szampon i generalnie mało przyjemnie się go stosuje. Po wyschnięciu zobaczyłam jednak czyste, błyszczące włosy, uf!

domyte!
Już pewniej zastosowałam sodę w następnym myciu... i efekty były słabsze. Włosy na długości zrobiły się jakieś cięższe i nieprzyjemne w dotyku. Ale umyte były. Postanowiłam następnym myciem zwiększyć ilość sody.

I to trzecie mycie było tragiczne. Jeszcze w trakcie mycia czułam, że nie chcą współpracować a po wysuszenie zobaczyłam obciążone włosy na całej długości. Stwierdziłam, że nie mam zamiaru dwa tygodnie lub rok (na efekty naturalnego mycia trzeba trochę poczekać, skóra musi się przyzwyczaić) dyndać z takimi włosami i zaczęłam szukać innej metody mycia. Przecież szampony znane są dopiero od XX w. więc jak wcześniej sobie radzono?

Postanowiłam wykonać mycie żółtkiem jajka, a właściwie dwóch jajek. Włosy były umyte ale do wyglądu włosów po zastosowaniu szamponu dużo im brakowało...

Załamana efektami przypomniałam sobie, że przecież są jeszcze mydła! W łazience czekało akurat mydło Aleppo z różą damasceńską Najel oraz mydło Trzy korzenie z Lawendowej Farmy które dostałam.



Alleppo z różą damasceńską



 


Z radością chwyciłam się tej brzytwy i w końcu porządnie umyłam włosy! Uf! Musiałam oczywiście po myciu mydłem zakwasić włosy płukanką z octu jabłkowego lub cytryny (u mnie akurat syntetyczny kwasek cytrynowy też daje radę) ale włosy nareszcie były jak po umyciu szamponem... uf!


Od dłuższego czasu wiedziałam, że mydło Aleppo można stosować do całego ciała wraz z włosami jednak po pierwszym zastosowaniu odstraszyła mnie szorstkość włosów. Teraz byłam jednak bardziej zdeterminowana i stwierdzam, że po zakwaszających płukankach włosy są super po mydle. Nie błyszczą tak jak po szamponie ale o ile mnie chemii ładuję sobie w krwiobieg...

Na początku stosowałam płukankę octową ale do octu nie mogę się przekonać, raczej szkodzi moim włosom - drugiego dnia po myciu włosy były spuszone a skóra głowy niezadowolona. Kwasek cytrynowy o zgrozo pozostawiał takie same efekty. Znowu zaczęłam panikować, czy nic mnie nie uratuje? Postanowiłam jednak zacząć spłukiwać płukanki i... pomogło! Włosy nie puszą się następnego dnia a skalp nie jest tak podrażniony. Hura! I teraz już wiem dlaczego dziadek zawsze mi mówił, że włosom wystarczy tylko płukanka z cytryny po myciu - po cytrynie włosy na prawdę stają się miękkie i błyszczące!

Wiadomo, że dopiero zaczynam przygodę z mydłami do włosów ale zauważyłam już takie efekty:
- końcówki po myciu są w lepszym stanie. Przy szamponach nie było bata by rozcieńczony szampon nie spłynął mi po całych włosach chociaż masowałam jedynie skalp przez co końcówki. Stosując mydło rzeczywiście myję tylko skórę głowy a spływające mydło przy płukaniu nie jest w stanie zaszkodzić końcom.
- stałe mydło wcale nie jest mniej wygodne niż płynny szampon. Kwestia wprawy i przyzwyczajenia. A właśnie to, że mydła są stałe i z reguły mniejsze niż butelki szamponów decyduje o tym, że są o wiele wygodniejsze w podróżach (testowałam i potwierdzam!)
- moje włosy teraz o wiele łatwiej przeciążyć. Przedobrzenie z ilością maski/odżywki może skończyć się obciążeniem które będzie wyczuwalne nawet po następnym myciu. Fajnie, że mogę teraz oszczędzać ilość produktów a włosy i tak będą odżywione. Może to fakt, że zasadowy odczyn mydła rozchyla łuski włosa wpływa na tak wydajne odżywiania...
- z powodu łatwości tej łatwości obciążałam bałam się olejować włosy ale gdy się przełamałam odkryłam, że strach miał wielkie oczy. Po prostu zaolejowane włosy trzeba w całości namydlić i po strachu a fakt, że mydło rozchyla łuski włosa może być pomocny w olejowaniu włosów na mokro... kto próbuje?
- jeśli mydło nie jest komercyjne wprowadzamy o wiele mniej śmieci do swojego organizmu. Nie wierzę, że 6 minut mycia to za mało by szampon mógł coś poza myciem zrobić. Moje włosy na silne detergenty reagują wzmożonym wypadaniem nie ważne jak krótko trzymałabym szampon na głowie na i podrażnienie skalapu to chyba też efekt szampony prawda?

Jednak są i minusy. Właściwie kardynalne.
- mój skalp nadal reaguje piaskiem. To źle. Albo mydło też mnie podrażnia albo piasek nie jest podrażnieniem...
- włosy wypadają tak samo jak podczas mycia szamponem choć kiedyś myślałam, że o wiele słabiej. Być może dopadło mnie jesienne linienie.
- włosy przetłuszczają się tak samo lub gorzej (mydło "Trzy korzenie" po początkowym zachwycie przy dłuższym stosowaniu spowodowało, że włosy muszę myć codziennie... cóż, ani włosy ani skalp prawdopodobnie nie lubią ziół)
- płukanki zakwaszające zaczynają mnie męczyć. Spróbowałam raz obyć się bez zakwaszenia i chyba to nie był dobry pomysł... tragedii nie było, ale włosy były trochę tępe w dotyku i pozbawione blasku. No i przetłuściły się wolniej ;) ale takim kosztem nie chcę przetłuszczania ograniczać, zwłaszcza, że na brudnych włosach kumuluje się więcej metali ciężkich co w Krakowie przecież nie jest bagatelą a mycie co drugi dzień nie jest aż tak upierdliwe (po tylu latach niezadowolenia z tak szybkiego przetłuszczania w końcu to zaakceptowałam, uf!).

Mydło Trzy korzenie bez płukanki z kwasku cytrynowego

3 pierwsze minusy zdyskwalifikowałyby każdy szampon. Przy mydłach trzyma mnie fakt, że potrzebują więcej czasu by zadziałać a stosowane przeze mnie mydła mogły być zbyt drażniące przez zioła lub substancje zapachowe (nie uwierzę że naturalną różę damasceńską do aleppo wpakowali!). Dam jeszcze szansę tej naturalnej metodzie dopóki mnie maksymalnie nie wkurzy lub do przyszłego roku. Jeśli efektów bardzie pozytywnych nie będzie wrócę do szamponu.

Oczywiście raz na tydzień wprowadziłam obowiązkowe oczyszczenie włosów szamponem z sls. Teraz takie oczyszczanie bardzo się przydaje.

Na razie ta zmiana wymusza na mnie eksperymentowanie z naturalną pielęgnację ponieważ komercyjne produkty za bardzo obciążają. Nawet sposób olejowania musiałam zmienić, przedtem olejowanie na sucho uchodziło na sucho teraz jednak bywa za ciężkie. W sumie jeśli mydła by się sprawdziły, a ja znalazłabym naturalne odżywki bardzo chętnie zaprzestałabym kupowania komercyjnych produktów. Zwłaszcza, że moje dzikusy tolerują jeszcze olejowanie ale już nawilżanie i odżywianie jakoś im nie pasuje - puszą się lub przesuszają.

piątek, 3 października 2014

Masło kakaowe Eden, olej rzepakowy Osele oraz słonecznikowy w pielęgnacji włosów.

Te recenzje już od dawna czekały na stosowny moment i zawierają kilkumiesięczne doświadczenia z olejowaniem włosów. Zapraszam.


Masło kakaowe interesowało mnie przez sam fakt, że jest kakaowe. Czekolada jest moim ulubionym słodyczem i nie rozumiem jak można jeść słodycze bez nawet śladowej ilości czekolady lub, o zgrozo!, w ogóle nie lubić czekolady. A odkąd już jako włosodbaczka dowiedziałam się, że jest coś takiego jak masło kakaowe i można je stosować na włosy zostało natychmiast wpisane na listę "must try".

Dość długo nie mogłam na nie trafić w sklepach stacjonarnych (w jednym sklepie nawet powiedziano mi, że czegoś takiego nie ma a jeśli jest to jest toksyczne (?!)) a przez internet nie chciałam zamawiać. Znalazłam je w końcu w aptece-drogerii w Galerii Krakowskiej za 13 zł. Gdzieś na blogach wyczytałam, że jest świetne dla niskoporowych włosów a ja wtedy zastanawiałam się czy moje są niskoporowe czy nie (dziś już wiem, że mam raczej średnioporki) więc stwierdziłam, że masło będzie świetnym wskaźnikiem porowatości.


Co mnie zaskoczyło to twardość i "sposób podania" masła. W internecie można zamówić małe masłowe groszki a tutaj miałam masłową bryłę która była nawet twardsza od zamrożonego masła i żeby móc ją zastosować na skórę trzeba się było namęczyć zeskrobując odpowiednią ilość oraz namęczyć wcierając tą ilość w skórę bo za bardzo rozpuszczać na ciele też się nie chciała. Miałam już do czynienia ze stałą konsystencją oleju kokosowego jednak olej kokosowy prawie natychmiast się rozpuszcza na skórze a w upalne dni stawał się prawie płynny w opakowaniu, masła kokosowego nawet upał nie ruszał. Takie utrudnienia nie zachęcały do stosowania więc najpierw masełko długo poleżało na półce a gdy już zaczęło mnie irytować swoją bezczynnością to zaczęłam je rozkruszać z pomocą kilofa i w małych ilościach rozpuszczać na szklanym talerzyku, którym przykrywałam gorącą herbatę i tym sposobem miałam dwie pieczenie na jednym ogniu - olej do włosów herbatę do picia ;)


Przez jego konsystencję obawiałam się trochę czy będzie się w ogóle dało go zmyć z włosów ale dawało się spokojnie więc uf! Mam wrażenie, że nawet bardzo trudno byłoby przemasłować włosy. Niestety nie zauważyłam żeby jakieś cuda wyczyniał z moimi włosami. Nie szkodził ale też nie pomagał. Słabo.
Jedyna jego mocna strona to zapach. Taki delikatny, nienachalny, kakaowy. UWIELBIAM.

Wyprodukowano w Polsce <3
Następnym olejem który testowałam był olej rzepakowy Osele, tłoczony na zimno i niefiltrowany. Postanowiłam jednak tym razem postawić na wewnętrzne odżywianie włosów i znakomitą większość oleju zjadłam. W końcu olej rzepakowy nawet wartowściowszy od oliwy z oliwek...  Pozostałą przeterminowaną resztkę użyłam na włosy. Zaskoczył mnie intensywny żółty kolor oleju oraz jego smak i zapach przypominający olej lniany jednak mniej intensywny. Te 2 lub 3 razy gdy olejowałam nim włosy nie zaskoczyły mnie żadnymi spektakularnymi efektami. Na szczęście zapach nie zostawał na włosach po umyciu. Prawdopodobnie 3 użycia nie są miarodajne, zwłasza, że wtedy gdy je wykonywałam jeszcze nie znałam tak dobrze swoich włosów jak obecnie. Podejrzewam, że może mieć podobne działanie jak olej lniany i pomagać suchy włosom.


Najzwyklejszy olej słonecznikowy stosowałam do ssania w celu oczyszczenia organizmu. Metoda skuteczna i  nie potrzeba wydawać fortuny na nieoczyszczone oleje słonecznikowe lub kokosowe by odczuć efekty. Zwłaszcza, że ten olej i tak wyląduje w... odpływie nie przechodząc nawet przez nasz układ pokarmowy więc po co przepłacać? Stosowałabym olej słonecznikowy nadal do ssania jednak w pewnym momencie poczułam, że zmienił on smak, który stał się nie do zniesienia... zepsuł się! Myślałam, że oleju nie da się zepsuć a tu proszę. Stwierdziłam, że zepsucie w niczym nie przeszkadza w stosowaniu go do olejowania włosów na długości (skalpu i tak nigdy nie olejuję) i zaczęłam systematycznie go stosować. Niestety zepsuła się większa część butelki więc jest całkowite wykorzystanie trwało dłuuuuugo a ja dość szybko się przekonałam, że olej cudów z moimi włosami nie robi. Standardowo poprawia ich miękkość ale mógłby robić coś więcej. Wywalić nie wywalę bo szkoda a stosowanie go to nuda... ale wytrwale, cierpliwie i nie oszczędzając oleju w końcu go zużyłam. Uf.


Podsumowując mieszane uczucia mam po stosowaniu masła kakaowego a niezadowolona jestem z oleju słonecznikowego.

sobota, 31 maja 2014

Gloria maska do włosów suchych zniszczonych i farbowanych i kolejne odkrycie.

No to jeszcze jedna recenzja. To kolejny (stosowałam już emulsję) produkt tej polskiej firmy który testowałam i kupowałam w Auchan w Bonarce za bajeczne ok. 6 zł.
 

Niestety, zachwycona nie jestem. Szkoda bo chętnie kupowałabym polski produkt ale doświadczenie z Kallosem Latte nauczyło mnie, żeby maski oceniać drugiego dnia od zastosowania ich "prawidłowo" po myciu. I choć jako maska stosowana przed myciem do zabezpieczenia włosów przed szamponem lub do zemulgowania oleju nadaje się super i nic złego moim włosom nie robi, ba! nawet zostawia je miękkie i miłe w dotyku to stosowana "poprawnie", po myciu, pierwszego dnia zostawiała włosy takie:


 Ale już następnego takie:


Hm... ogólnie nadal jestem w szoku, że moje włosy też dotyka "puszenie". Hm, może w takim stanie nie wyglądają źle, nawet gęstsze się wydają wizualnie jednak mój włosomaniatyzm nie może mi pozwolić na spokojne chodzenie z takimi włosami gdy wiem jak gładkie potrafią być. Ale do zmywania oleju nadaje się super i nie puszy wtedy włosów więc grzecznie zużyłam ją do wspomagania szamponu przy zmywaniu oleju.


aqua
cetrimonium chloride - konserwanty, substancja antystatyczne
cetyl alcohol - emolient
humulus lupulus extract - chmielu zwyczajnego ekstrakt
parfum
panthenol - humektant/nawilżacz
glyceryl stearate - emolient i emulgator
citric acid - regulator pH i konserwant naturalny
methylchloroisothiazolinone - konserwant uczulający
methylisothiazolinone - konserwant
bromonitropropandiol - konserwant(?)
citronellol - zapach potencjalnie uczulający
hexyl cinnamal - zapach potencjalnie uczulający
limonene - zapach potencjalnie uczulający
benzyl salicylate - zapach potencjalnie uczulający
citral - zapach potencjalnie uczulający

Przypomnę jeszcze, że nie stosuję masek bezpośrednio na skórę głowy - wolę jej niczym nie podrażniać, zwłaszcza sztucznym więc nie wiem czy prowitamina B5 rzeczywiście przywraca i utrzymuje wilgotność skóry.
Skład spisany i hasłowo wytłumaczony na własny użytek z pomocą wizażu i tej encyklopedii. Kolorami zaznaczam potencjalne podrażniacze ale myślę, że winowajcą-puszaczem może być panthenol, ta wspomniana prowitamina B5 której na skórze nie sprawdziłam. Taa... humektanty trzeba stosować z głową.
 
A na koniec kolejne moje odkrycie, już trochę stare bo gdzieś po nowym roku zauważyłam (nowy rok - nowy szok, ble he :P) ale długo nie mogłam się nadziwić jak bardzo naturalny kolor włosów może się rozjaśnić. Same spójrzcie



Zawsze gdy czytałam o tych rozjaśnieniach od słońca, przechodzeniu chłodnego odcienia włosów w ciepły itd. myślałam, że ten problem również mnie nie dotyczy, o ironio! Ile człowiek się o sobie dowie i samym sobą zadziwi... Podobno jestem ciemną blondynką (z czym się nie zgadzam (pewnie jako jedyna na świecie :P) i uważam się za szatynkę, kropka) ale rozjaśniam się ewidentnie do rudego :P no właśnie, czemu nie do blondu w takim razie? :C I przynajmniej już wiem, że ta cała ochrona włosów przed UV niekoniecznie jest wyssana z palca...

poniedziałek, 10 marca 2014

Problem piasku na skórze głowy rozwiązany! Recenzja Alterra Sensitiv Shampoo i Facelle Intim Sensitive

Pamiętacie jak pisałam o swoim problemie? Pewien eksperyment z żelem lnianym uświadomił mi, że mogę mieć wrażliwą skórę głowy choć swędzenia i zaczerwienienia skóry raczej nie uświadczyłam. Postanowiłam to jednak sprawdzić i przetestować szampony, które wg włosomaniaczek lub opisów na etykietach są delikatne dla skóry głowy. Na pierwszy ogień poszły szampony Alterra sensitive oraz płyn do higieny intymnej Facelle. I jak możecie się tego spodziewać po tytule notki - tak, mój problem znikł w trakcie stosowania tych dwóch produktów. Jestem szczęśliwa posiadaczką wrażliwego skalpu :D Pomimo jednak nieszkodliwego działania obydwóch produktów na moją skórę miłością do nich nie zapałałam i moje najnowsze odkrycie pójdzie na razie w odstawkę ponieważ mam w planach testować jeszcze wiele szamponów które raczej nie będą miały w składach tak delikatnych substancji, eh... nie mniej jednak uwieczniam oba te produkty w wiecznych czeluściach internetu bym kiedyś mogła jeszcze do nich wrócić ;)

Alterra Sensitiv Shampoo

Kupiony na przecenie, kolejny szampon z serii Alterry który sprawdzam. Poza łagodym działaniem na moją skórę szampon jak szampon, bez rewelacji. Trochę mnie drażniło uczycie skrzypienia pod palcami po wymyciu włosów, to skrzypienie jednak o wiele gorsze było przy stosowaniu Facelle o którym niżej.


aqua
sodium coco-sulfate - podobno rozcieńczona wersja SLS (efekt placebo?).
alcohol - drażni skórę. Tonizujące, oczyszczające, odtłuszczające, odświeżające działanie.
glycerin - humektant
coco-glucoside - substancja myjąca.
caprylyl/capryl glucoside - substancja myjąca
acetum - ułatwia rozczesywanie i zapobiegać elektryzowaniu się włosów, zwalcza łupież, konserwant.
xanthan gum - zagęstnik.
betaine - zatrzymuje wilgoć, ułatwia rozczesywanie i zapobiega elektryzowaniu się włosów.
prunus amygdalus dulcis oil - emolient
prunus amygdalus dulcis extract - emolient
avena sativa stalk extract - owies. Czyści, jest substancją natłuszczającą, wiążącą wilgoć, wygładzającą.
simmondsia chinensis seed extract
parfum
citral
limonene
linalool
citronellol
geraniol


Facelle Intim Sensitive


Odkrycie, że płyny intymne mogą być szamponami było dla mnie nie lada radością, tyle możliwości wykorzystania tego faktu :D Byłam bardzo szczęśliwa gdy wyjeżdżając na 3 dni w listopadzie zamiast brać butelkę szamponu, kostkę mydła i dodatkowo żel pod prysznic wzięłam tylko jeden produkt :) Uf!

Jako płyn intymny super, w porównaniu z tym z Ziaji nie mam po nim żadnych dolegliwości. A jako szampon? Grudki się nie pojawiają jednak "skrzypienie włosów" jakie powoduje tak mnie denerwuje, że nie wprowadzę tego płynu na stałe do swojej pielęgnacji włosów. Ciągle miałam wrażenie, że nie spłukałam dobrze włosów lub, że je przesusza :/


aqua
lauryl glucoside
cocamidopropyl betaine
lactic acid
glycerin - humektant.
sodium chloride
sodium benzoate
coco-glucose
glycerin oleate
sorbitol
urea
propylene glycol - środek rozpuszczający, humektant, może podrażniać.
allantoin - wygładza, leczy rany, łagodzi podrażnienia, pobudza regenerację, nawilża.
c12-15 alkyl lactate - mieszanina natłuszczająca, nawilżająca, wygładzająca.
parfum
serine
sodium lactate - olej silikonowy.
butylene glycol - nawilża i utrzymuje wilgoć (humektant), lekki konserwant.
chamomilla recutita flower extract - rumianek. może wywołać alergie.
persea gratissima fruit extract
ethoxydiglycol -substancja ekstrakcyjna dla roślin
bisabolol
potassium sorbate - konserwant, może podrażniać w wyższych stężeniach.